Pewnego dnia Agnieszka zostawiła mnie z nimi w kuchni.
Usiedliśmy przy stole.
Jedliśmy chleb z oliwą, zadawali pytania i…
Rozmawialiśmy po włosku.
Byłam w szoku.
JA MÓWIĘ. CHOLERA, JA MÓWIĘ.
ROZUMIEM. ROZMAWIAM.
I to o ciekawych rzeczach – a nie „pitu pitu”.
Pomyślałam sobie: „To musi być cud.”
Bo niby jak?
Kiedy miałabym się nauczyć języka, skoro ani słowem się nie odzywałam przez te 7 miesięcy?
Byłam wkurzona. Bardzo wkurzona.
To ja lata spędzam na uniwersytecie, żeby się nauczyć hiszpańskiego…
…a tu 7 miesięcy z jakimś Włochem, a potem swobodnie mówię w języku, którego nawet nie planowałam znać?
Po prostu sam mi “magicznie” wszedł do głowy??
Jednak najgorsze było to, że w hiszpańskim wciąż czułam dyskomfort.
Pisanie, gramatyka, literatura – w małym palcu.
Ale swobodna rozmowa ?
Zawsze powodowała stres.
A potem przyszła masakra w korpo, która brutalnie mnie zweryfikowała…
Po studiach wzięłam pracę w korpo – „Obsługa klienta w języku hiszpańskim” .
Na początku chciałam zachować spokój.
Dyplom na 5. Wyróżnienie.
Ego top.
No i się zaczął pogrom.
Dzwoniły telefony z Hiszpanii.
Nie rozumiałam, co do mnie mówią.
Nie wiedziałam, czego chcą.
Płakałam w toalecie, bo nie rozumiałam, dlaczego po tylu latach nauki i dobrych ocenach ja nie rozumiem, jak ludzie mówią do mnie przez telefon.
Złapałam blokadę ze stresu i nie umiałam im nic wydukać.
W końcu przyszła skarga na mnie od klienta – podałam mu złe informacje.
Bałam się, że mnie zwolnią.
Dyplom z literatury hiszpańskiej. Wyróżnienie. Egzaminy na 98%.
I nie rozumiem do cholery, jak do mnie dzwonią w sprawie faktur?